1. Skocz do nawigacji
  2. Skocz do treści

Witamy

„Paradoksalnie mamy tendencję by poświęcać mnóstwo czasu na zarabianie pieniędzy, prowadzenie biznesu, gonitwę za sukcesem, a zaniedbujemy to co jest naszą najcenniejszą własnością – czas na to ku czemu zostaliśmy stworzeni: wspólnotę”

- John Ortberg

„… cieszymy się, że nasze dziecko jest naszym wstawiennikiem…”

środa, 26 listopada 2008r.

Jesteśmy małżeństwem już od 2,5 roku. 7 czerwca roku 2003, w Wigilię Zesłania Ducha Świętego dowiedzieliśmy się, że nasza rodzina powiększyła się. Nie była to taka naturalna i wynikająca z wyrachowania nasza decyzja o nieco późniejszym rodzicielstwie. Niespełna 2-letni okres po ślubie spędziliśmy na długich modlitwach z prośbą o dziecko. Pod koniec maja upłynął czas naszego pytania, czy Bóg podaruje nam życie bez żadnych ingerencji hormonalno-terapeutycznych. Mijał maj i wszystko wskazywało na nieuchronną wizytę u specjalisty, chociaż cierpliwie zanosiliśmy nasze próby na codziennych nabożeństwach majowych przez Maryję – która jest nota bene patronką naszego małżeństwa. W czerwcu nasi znajomi brali ślub w Dolinie Chochołowskiej i właśnie w Zakopanem w pierwszą sobotę miesiąca miała miejsce ta radosna wiadomość. Okazało się, że dziecko jest już z nami od połowy maja. Osoby, które nie miały w tej materii problemów, może do końca tego nie rozumieją, my całkowicie oniemieliśmy z zachwytu i traktowaliśmy to jako absolutny cud i wstawiennictwo Matki Bożej. Zaraz też wracając z przyjaciółmi zajechaliśmy do Częstochowy i tam gorąco dziękowaliśmy w kaplicy za ten dar jednocześnie powierzając Maryi nasze maleństwo.

Następne dni i tygodnie płynęły bez specjalnych problemów, chociaż miałam lekkie dolegliwości i w związku z tym zalecenie leżenia i zwiększonego wypoczynku w domu. I gdy wszystko wyglądało już całkiem dobrze, symptomy niepokojące ustąpiły i zaczął się trzeci miesiąc ciąży, czyli koniec organogenezy i ryzykownego okresu, nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Na zwykłej kontrolnej wizycie, podczas badania USG lekarza zaniepokoił brak widocznego tętna dzidziusia. Był to dla nas szok, tym bardziej, że byliśmy wtedy razem na wizycie, mój mąż specjalnie poszedł, żeby zobaczyć dziecko. Pojawił się żal: straszne pytanie: Dlaczego, Panie Boże dałeś nam ten dar i już tak szybko go zabierasz? Wróciliśmy do domu ze świadomością, że noszę martwy płód. Noc po tym dniu upłynęła mnóstwem łez i niepewności, że może jednak jest inaczej. Bóg mi dał siłę, żeby następnego dnia wstać i jechać do pracy. Kolejne bardziej szczegółowe badania potwierdziły rozpoznanie i wyznaczono mi dnia następnego zabieg w szpitalu. Nie wiem jak to przeżyliśmy i kto kogo bardziej pocieszał, wiem, że mnóstwo ludzi za nas się modliło i wspierało nas wstawiając się za nami. Świat wydawał się jakiś innym nieprzyjazny, a w mieszkaniu odczuwaliśmy ogromna pustkę. Jeszcze tego samego dnia, w przeddzień operacji pojechaliśmy na Mszę Św. i poszliśmy do spowiedzi. I tam w konfesjonale okazało się, że Bóg postawił starszego księdza, który bardzo nas pocieszył, a na odchodnym, gdy już wstawałam z klęczek, wołał jeszcze za mną „Uwielbiajcie Pana!” Po Eucharystii Bóg wlał w nas pokój i miłość, i może to dziwne – radość, że nasze dziecko jest już szczęśliwe w ramionach Boga, że tam zanieśli go aniołowie i że wstawia się za nami u Naszego Niebieskiego Ojca. Następnego dnia w szpitalu wszystkie badania przeszłam spokojnie ku zaskoczeniu personelu, pewnie zdarzały się tam tragiczne scenariusze w podobnych przypadkach. Czułam, że Bóg był z nami przez cały czas do tego stopnia, że wszystkie te postępowania medyczno-chirurgiczne mogłam radośnie przeżyć, jakbym czuła oddzielenie duszy od ciała dziecka. Nie miałam wrażenia, że jestem trumną dla maleństwa, bo ono już było w niebie.

Designed by ELEET