Witamy
„Każdy, kto leci w kosmos, jest bardzo dobrze przygotowany pod względem technicznym, naukowym, medycznym, sprawnościowym. Ale na skutek przeżyć, jakich tam doznaje, wraca z kosmosu jako humanista. Głęboki humanista. Ja powiem coś jeszcze. Nie znam nikogo, kto był wierzący i wrócił stamtąd ateistą, ale znam takich, co polecieli w kosmos jako niewierzący, a wrócili z wiarą. Mam tu na myśli głównie kolegów ze Wschodu. Właściwie 95 procent radzieckich kosmonautów nawróciło się”
- Mirosław Hermaszewski, wypowiedź z dnia 3 lipca 2010 r. dla gazety „Nowa Trybuna Opolska”
„… cieszymy się, że nasze dziecko jest naszym wstawiennikiem…”
środa, 26 listopada 2008r.
Bóg dał mi tyle Swojej miłości, że raptem okazało się, że pocieszam inne pacjentki, które nie miały zbyt dużych komplikacji. Jaki było ich zdziwienie, gdy się dowiedziały, co się stało z naszą ciążą i po co tutaj leżę. Bóg sprawił, że wszystkie siostry i lekarze byli bardzo troskliwi, czułam się otoczona atmosferą ciepła, a co trudno w szpitalach. Najdziwniejsze było to, że bardzo łatwo rozmawiało mi się z innymi pacjentkami, a jedna była zdziwiona, skąd mam aż taką radość, że tak dobrze ze mną czuje się. Tym bardziej mnie to dziwiło, ponieważ w kontaktach z ludźmi, szczególnie nowo poznanymi jestem zazwyczaj na dystans i zachowuję się jak typowy mruk, przełamuję się dopiero po dłuższym czasie.
Otrzymaliśmy wtedy całą masę łaski, np. to że mogliśmy być razem we dwoje w szpitalu, że pomimo ogromnego osłabienia i anemii wszystko dobrze się potoczyło, a Bóg dał nam tyle siły, że nawet wcale nie płakaliśmy na oddziale. Dodatkowym cudem był fakt, że po powrocie do domu okazało się, że mam słabe wyniki krwi, a przez 2 kolejne tygodnie traciłam jej coraz więcej. Ale tak się złożyło, że akurat po tygodniu pojechaliśmy na rekolekcje z naszą wspólnotą i tam podczas jednej z konferencji ksiądz mówił o wierze kobiety cierpiącej na krwotok. I ja, jak ta kobieta zawołałam do Boga, żeby mnie uleczył. I stał się cud, bo wszystko ustało, a po powrocie do domu, badania kontrolne wyszły rewelacyjnie, a właściwie w górnych granicach, co ja jako lekarz mogę potwierdzić, że fizycznie nie było to możliwe bez ingerencji boskiej w tak krótkim okresie.
Teraz z perspektywy czasu, bo minęły już ponad 3 m-ce odkąd nasz Benedykt, bo takie imię usłyszeliśmy od Boga podczas ciąży (benedictus - błogosławiony), szczęśliwie wylądował w niebie, zdarzało się, że odczuwaliśmy zwykłą ludzką tęsknotę za naszym kochanym maleństwem. Jest to takie przyziemne i nic się na to nie poradzi. Ale mocno cieszymy się, że nasze dziecko jest naszym wstawiennikiem i kto wie, kiedy, może już niedługo spotkamy się, może okaże się, że to jednak jest córeczka? Wierzymy, że modli się tam za rodziców i całą rodzinę, że prosi o rodzeństwo dla siebie.
Bóg jest niesamowity, dał nam dziecko w czasie dokładnie tym, co prosiliśmy. Dał nam łaskę rodzicielstwa, ale nie wymagał od nas wychowania. Pozwolił, abym mogła krótko poczuć łaskę stanu błogosławionego, a przez ciężki okres przeniósł na ramionach jak nad przepaścią i postawił na bezpiecznym gruncie.
Niedawno minął 1 listopad – Wszystkich Świętych i na Eucharystii wspominałam naszego Benka i zrobiło mi się przez moment smutno, ale zaraz potem usłyszałam czytanie, co mówił Jezus na Górze Błogosławieństw. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni, błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Bóg przedstawił mi obraz naszego dziecka, które w gronie świętych śpiewa: Święty, Święty, Święty Pan Bóg Zastępów, a tle w kościele śpiewaliśmy hymn: Ciebie Boga wysławiamy... Poczuliśmy ogromną radość, że jest to właśnie święto naszego Benedykta, który jest tak blisko Boga i łaskę, jaką otrzymaliśmy. Bo czyż mogą rodzice życzyć czegoś lepszego swojemu dziecku i sobie ponad to, aby już na zawsze być przy Bogu w niebie.
Agnieszka i Marcin